Inflacja. Wróg publiczny nr 1

Inflacyjny wróg atakuje – poznaj jego potęgę z Henry’m Hazlittem

Mamy początek listopada, a inflacja w Polsce galopuje w zastraszającym tempie – przekroczenie 7% jest wyłącznie kwestią czasu. Czy na pewno wszyscy obywatele naszego kraju zdają sobie sprawę, co to oznacza? Wokół mówi się o wzroście cen – paragony zaczynają opiewać na niebywałe sumy, a kierowcy łapią się za głowę za każdym razem, kiedy odwiedzają stacje benzynowe. Warto jednak bliżej poznać zjawisko inflacji. Pisze o niej Henry Hazlitt, który w książce „Inflacja. Wróg publiczny nr 1” jasno odpowiada na pytanie: kto jest winny zaistniałej sytuacji?

Nie każdy z nas musi być specjalistą od procesów ekonomicznych. Kiedy jednak ich skutki dotykają nas bezpośrednio, warto zapoznać się z ich specyfikacją. Celem, który przyświecał Henry’emu Hazlittowi podczas pisania książki o wymownym tytule „Inflacja. Wróg publiczny nr 1”, było przede wszystkim przybliżenie każdemu czytelnikowi zjawiska procesu wzrostu przeciętnego poziomu cen w gospodarce, który z kolei prowadzi do spadku siły nabywczej pieniądza w danym kraju.

Brzmi dość mgliście? Bo to tylko definicja, którą Hazlitt rozwija w przejrzysty, prosty i zrozumiały dla każdego przeciętnego obywatela sposób. Amerykański ekonomista porusza tu zagadnienia związane z popytem, podażą i papierowym pieniądzem, które bezpośrednio przekładają się właśnie na inflację. Autor rozprawia się również z mitem, który głosi, że niekorzystne zjawisko wynika z niedoboru towaru. To książka, która pokazuje, z czego tak naprawdę wynika wzrost cen i dlaczego działania podejmowane przez specjalistów, polityków i rząd nie mają racji bytu i z pewnością nie przyniosą pożądanych skutków. A skoro już o rządzie mowa…

Kto jest tak naprawdę winny inflacji?


Wiemy już, że za inflację wcale nie odpowiada niedobór towaru, spirala płacowo-cenowa ani złośliwe wróżki. Kto więc ponosi winę? Odpowiedź jest prosta: to rząd każdego kraju jest odpowiedzialny za kłopoty inflacyjne, z którymi boryka się dany naród. Jeśli spojrzeć na to, że z perspektywy wciąż rosnących cen oraz niskich stóp procentowych, rzeczywiście można dojść do podobnych wniosków. Problem tkwi jednak w tym, że to dopiero wierzchołek problematycznej góry lodowej.

Koniec roku w Polsce kojarzy się przede wszystkim z bezsilnym czekaniem na wzrost inflacji, który jest przecież nieunikniony. Henry Hazlitt już dawno miał propozycję dla polskiego rządu, podobnie jak dla wszystkich innych obozów rządzących w każdym kraju na świecie. Jest nią powrót do mocnej waluty, która znajdzie rzeczywiste pokrycie w złocie, a nie prowadzi do sytuacji, w której pieniądze są jedynie nic niewartym skrawkiem papieru.

Ten fakt sprawia, że na wartości tracą nie tylko pieniądze, ale również akcje oraz papiery wartościowe. Amerykański ekonomista w swojej książce „Inflacja. Wróg publiczny numer 1” wskazuje również, że rozsądnym rozwiązaniem byłoby zabranie systemu monetarnego z rąk polityków oraz wyeliminowanie prawa do wyłączności emisji środków płatniczych.

Nietrudno jednak się domyślić, że żaden z członków rządu nie przystanie na taką propozycję. Znacznie łatwiej jest przecież wydawać więcej niż pozwala na to stan finansów i gospodarki. Jak może obronić się szary obywatel? Odpowiedź nie nastraja pozytywnie: na nic zda się ochrona majątku. Można oczywiście przeczekać gorszy czas oraz radykalnie ograniczyć wydatki. Walka z inflacją powinna trwać jednak na poziomie państwowym, nie zaś na indywidualnym.

Inflacja, jawiąca się jako klęska XXI wieku, zaraza gorsza niż koronawirus czy też zapowiedź III wojny światowej wcale nie jest czymś, z czym nie da się walczyć. Wręcz przeciwnie – jak wskazuje Henry Hazlitt, wróg wcale nie musiałby być aż tak groźny, gdyby rząd dusił go w zarodku, nie doprowadzając swoim postępowaniem gospodarki krajowej do inflacyjnej ruiny. Książka amerykańskiego ekonomisty to w dzisiejszych czasach obowiązkowa lektura na listach osób, które chcą podchodzić do życia finansowego w sposób świadomy.